niedziela, 15 marca 2015

Rzeźby w parku w Zbąszyniu


Rzeźby w parku w Zbąszyniu wtopiły się w krajobraz, tworzą z nim harmonijną całość i mieszkańców już chyba nie dziwi, że nagle wśród drzew wyrastają kamienne twory. Rzeźby znalazły swoje miejsce w tutejszym parku w 1984 roku. Ich autorem jest Mariusz Gill, który w latach 1980-1984 studiował w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu. Rzeźby plenerowe były pracą dyplomową artysty, a ideą przewodnią dzieła był dialog sztuki z naturą. W 1990 roku Mariusz Gill wyemigrował na stałe do Danii, gdzie dalej zajmuje się rzeźbą, tworzy również instalacje. Kamienne rzeźby w zbąszyńskim parku tworzą razem całość - "cztery ukłony dla natury".


Pierwsza kamienna instalacja znajduje się zaraz za mostkiem i parkową fosą. Kamienne płyty ustawiono na zboczu wałów. Przypominają mi one trochę miniaturowe Stonehenge.















Druga instalacja znajduje się kawałek dalej, pomiędzy wysokimi drzewami. Są to dwie ogromne kamienne ławy, zwane przez mieszkańców fotelami olbrzymów. Rzeźby noszą niestety ślady sprayu.














Kolejna instalacja znajduje się nieopodal stawów rybnych, zwanych karpnikami. Rzeźba ulokowana została po dwóch stronach parkowej alejki - po jeden stronie mamy kamienną misą, a na przeciwko jej dopełnienie.












Ostatnia instalacja położona jest w tylnej części parku, na końcu jednej z alejek, przy drodze prowadzącej nad dalsze stawy rybne. Jest to kamienna brama, zamykająca cały kompleks, a zarazem otwierająca się na nową przestrzeń. Również i ta instalacja padła ofiarą wątpliwej jakości graffiti.









Spacer po zbąszyński parku może okazać się jeszcze bardziej atrakcyjny, gdy wybierzemy się śladem kamiennych rzeźb. Instalacje są ulubionym miejscem najmłodszych, szczególnie kamienne fotele silnie działają na dziecięcą wyobraźnię. Plenerowe rzeźby układają się w pewną historię - to, jak ją zinterpretujemy, zależy już od nas.


Informacje o zbąszyńskich rzeźbach czerpałam z książki Hanny Olejniczak - Zaworonko Zbąszyń wędrówki po mieście.

piątek, 13 marca 2015

Powrót do Lutola Mokrego


Lubię powroty. Oswojone miejsca, powtarzalne sytuacje, znane obrazy - to wszystko działa bardzo uspokajająco. Są jednak takie miejsca, po których spodziewamy się więcej. Sam powrót przestaje nam wystarczać. Chcemy odszukać nasze dawne ślady, odnaleźć siebie sprzed lat, spojrzeć na coś, co kiedyś było nam bliskie. Poczuć to, co czuliśmy dawniej, przeżyć jeszcze kilka wspaniałych przygód. Żyjemy nadzieją, że wszystko wygląda tak samo jak wtedy, gdy miejsce to pozostawiliśmy. Ufamy, że ludzie się nie zmienili, że czas cudownie przestał tam płynąć. Konfrontacja z prawdą jest okrutna - czasem trudno przesądzić, czy to świat tak bardzo się zmienił, czy zmieniliśmy się my sami. Takie powroty bywają bolesne - wiem, bo kilkukrotnie tego doświadczyłam.

Wyciągając wnioski z błędów, staram się nie oczekiwać po powrotach zbyt wiele. Wiem, że nie cofną mnie one do dawnych lat, choćbym nie wiem jak bardzo tego pragnęła. Znam słowa Sama Ewinga- When you finally go back to your old hometown, you find it wasn't the old home you missed but your childhood. Tłumacząc na język polski, powracając w końcu do rodzinnego miasta, odkrywasz, że nie tęskniłeś za dawnym domem, ale za dzieciństwem. To jest właśnie największe oszustwo powrotu - szukasz w istocie nie tego, czego powinieneś.

Miałam to wszystko w pamięci, rozumiałam jak działa ten zdradziecki mechanizm. Rower sam jednak poniósł mnie znów do Lutola Mokrego. W Lutolu spędziłam kiedyś dwa dni. I to one są filarem powrotów. Nie są to żadne spektakularne wydarzenia, niesamowite historie. Najlepsze wspomnienia mam z pozornie zwykły i prostych chwil. To bardzo fragmentaryczne retrospekcje. Kilka obrazów, zapachów, dźwięków. Wspólny mianownik tych dwóch dni to dzieciństwo i beztroska.

W czwartej, bądź piątej klasie szkoły podstawowej pojechaliśmy na wycieczkę do Lutola Mokrego. Nasz wychowawca tam mieszkał i uznał, że to dobre miejsce na krótką wyprawę. To musiał być wrzesień, ewentualnie wczesny październik. Początek jesieni, babie lato. Jechaliśmy do Lutola Alexem. Alex był środkiem transportu rodem z dziecięcych fantazji - kolejka z pomalowanymi tęczowo wagonikami. A jednak ten osobliwy pojazd funkcjonował i woził mieszkańców Zbąszynia z dworca kolejowego do miasta. Jak łatwo się domyślić, Alex nie rozwijał zawrotnych prędkości, ale dla dzieciaków to była doskonała zabawa. Kolorowa ciuchcia jechała po asfalcie, a my w środku podróżowaliśmy w nieznane. Nie będę udawać, że pamiętam w szczegółach ten dzień. Mam jednak przed oczami ciepłe promienie jesiennego słońca. Słyszę piski zachwyconych dzieci, bo oto stoją przed nami konie i każdy z nas może wskoczyć na moment na ich grzbiet. Potem pieczemy kiełbaski nad ogniskiem. Wokół unosi się zapach lasu. Szukamy w zagajniku grzybów i wciskamy je w torebki znalezione gdzieś w plecakach. Mamy jedenaście, może dwanaście lat. Jesteśmy razem, śmiejemy się, biegamy, przeskakujemy przez wysokie trawy. Gonitwa, łapanie tchu, uśmiechy, totalna beztroska. Potem pamiętam już tylko jak stoję na podeście domu, upojona szczęściem i jesiennym ciepłem. Z dumą pokazuję rodzicom pełną siatkę uduszonych grzybów - zdają się pewnie nie podzielać mojego entuzjazmu, ale dla mnie to był wspaniały dzień!

Kolejna wizyta w Lutolu Mokrym ma miejsce rok, najwyżej dwa lata później. Do tej urokliwej wsi przybywa na wakacje moje dalekie kuzynostwo. Jedziemy odwiedzić ich letnim popołudniem. Tu również pamiętam głównie światło. Cały dom, który bliscy wynajmowali, pławił się w blasku zachodzącego słońca. Promienie na jasnobrązowej podłodze, błyski odbite od okien. A potem zabawy na podwórku do wieczora - rozgrzane ciała, spocone włosy, brudne kolana, roześmiane buzie. Wakacje, szczęście, błogość. Mokra od rosy trawa, nadciągający chłód i w końcu powrót do domu. Kolejny wspaniały dzień.

Wróciłam do Lutola Mokrego w jednym z nielicznych zimowych dni tego roku. Delikatny mróz szczypał mnie przez całą drogę w twarz. Tłumaczyłam sobie, że dotarłam tu, by stanąć nad dwoma jeziorami. By pojeździć po lasach. By poodbijać się na rowerze od brukowanej drogi. By obejrzeć piękną wiejską zabudowę. Wiedziałam jednak w głębi, że wracam znów w poszukiwaniu tamtych miejsc, tamtych chwil, tamtych uczuć i siebie z tamtych dni.

Ten dzień nauczył mnie czegoś nowego. Trzeba dać powrotowi szansę. Trzeba dać szansę sobie. Dopasować się do zmienionych, ale przecież znanych miejsc. Odsunąć nostalgię i tęsknotę trochę na bok. Zrobić miejsce dla nowych doświadczeń. Nie znajdę siebie z tamtych wspomnień, ale skoro już tu jestem, spojrzę na wszystko od nowa. Jest tak, jak powinno być. Zimowy dzień, bezkresne oszronione pola. Pofałdowane łąki, tak ciche o tej porze roku. I znowu słońce - takie zza białych chmur, ale jednak niosące swoim blaskiem nadzieję i szczęście. Może nie muszę nigdzie wracać, może po prostu ciągle mentalnie tu jestem.To był nowy wspaniały dzień.











niedziela, 8 marca 2015

Ceglany przepust w okolicach Mariankowa


O ceglanych przepustach nad rowami i niewielkimi ciekami wodnymi najczęściej świadczą ograniczenia w nośności drogi. Gdy zauważyłam w dość odludnej okolicy znak ograniczający wjazd pojazdów, pomyślałam, że pewnie jest tu jakiś przepust. Nie pomyliłam się - nad dopływem Rowu Wargańskiego, w okolicach wsi Mariankowo znajduje się urokliwy ceglany obiekt wodny. 


Droga dojazdowa do przepustu.









Jeżdżąc po okolicach Zbąszynia widziałam już podobnego typu przepusty. Wszystkie łączy to, że są dość mocno zniszczone. Cegły odpadają, konstrukcja się sypie. Stąd właśnie ograniczenia w ruchu drogowym. Przepust w okolicach Mariankowa służy chyba wyłącznie dojazdowi na pola i do lasu - w takie miejsca inwestuje się w ostatniej kolejności. Dlatego wiele budowli wodnych po prostu z czasem się zawala.












Mam sentyment do czerwonej cegły i murowanych przepustów. Pomagają przemierzyć wodę, a dodatkowo odbijają się wdzięcznie w jej toni. Rów Wargański, a w zasadzie w tym przypadku jego dopływ, również prezentuje się bardzo malowniczo, meandrując wśród pól i lasów. Takie budownictwo współgra z naturą, a to duża zaleta.









sobota, 28 lutego 2015

Żurawie


Ostatni dzień lutego. Jadąc dookoła Błędna, w okolicach Nowej Wsi Zbąskiej usłyszałam charakterystyczne nawoływanie. Takie dźwięki, niosące się echem po całej okolicy, wydaje tylko jeden ptak. To klangor żurawi. Wędrując za odgłosami, szybko namierzyłam ptaki na podmokłej łące nieopodal przewężenia między jeziorem Błędno, a jeziorem Nowowiejskim. Już przyleciały - ich smukłe sylwetki zwiastują nadchodzącą wiosnę.












Stojąc na wzniesieniu nad łąką, miałam doskonały widok na cztery majestatyczne żurawie. Poruszały się z ogromną gracją, wędrując wzdłuż łąki tam i z powrotem. Raz po raz zatrzymywały się w grupie i cały teren wypełniał ich wspaniały klangor. Na takie widoki można patrzeć całymi godzinami. Te piękne ptaki pojawiają się w Polsce coraz rzadziej, nie służy im bowiem osuszanie terenu. Ich naturalne środowisko to bagna, rozlewiska, wilgotne łąki i pastwiska, tereny nad jeziorami i rzekami. Jezioro Błędno i cały ciąg Bruzdy Zbąszyńskiej to dobre miejsce dla żurawi - naturalne obniżenie terenu i duża ilość jezior zachęca ptaki, by zatrzymać się właśnie w tych okolicach.












Ostatecznie żurawiom znudziło się brodzenie po łące, wzbiły się więc w powietrze, robiąc kilka widowiskowych kółek nad polami i poszybowały w stronę lasu, w którym znajduje się jezioro Mączne (o tym miejscu szerzej tutaj: http://zbaszynprzedmiescie.blogspot.com/2014/11/sciezka-przyrodniczo-lesna-nad-jeziorem.html). Pojechałam dalej, pozostawiając za sobą cichnący wśród drzew żurawi klangor. Zwiastuny wiosny są wszędzie - warto wyruszyć na ich spotkanie. 








sobota, 21 lutego 2015

Przedwiosenne jezioro Kuźnickie


O poranku obudziło mnie słońce. Takie przedwiosenne, zalewające świat ciepłą, białą barwą. Idealna pogoda, by wybrać się na rower, łapać słoneczne promienie i szukać styków ustępującej zimy i nadchodzącej wiosny. To dopiero luty - w innych latach pewnie brodzilibyśmy w śnieżnych zaspach i szczękali zębami z zimna - w tym roku zima jest jednak wyjątkowo łagodna i nie sposób oprzeć się wrażeniu, że już na dobre odchodzi. Fazę przepoczwarzania się zimy w przedwiośnie postanowiłam prześledzić nad jeziorem Kuźnickim. Większości to miejsce kojarzy się z letnim odpoczynkiem. Zapewniam, że po sezonie jest tu dużo ciekawiej. 


Widok jeziora z zachodniego brzegu w Borui.






Jezioro Kuźnickie nazwę zawdzięcza miejscowości Kuźnica Zbąska, która leży nad tym zbiornikiem wodnym. Samo jezioro zwane jest też czasem jeziorem Białym. Drugą miejscowością położoną nieopodal tego zbiornika jest Boruja i to w jej okolicach koncentruje się główny ruch turystyczny. Latem jezioro jest tłumnie odwiedzane przez miłośników kąpieli, plażowania i wędkarstwa. Zbiornik słynie ze swojej czystości, w ostatnich latach jakość wody pogorszyła się, ale w porównaniu z innymi jeziorami w okolicy można uznać, że woda jest tu nadal bardzo czysta. Jezioro Kuźnickie to zbiornik leśny, stąd nie występuje tu problem zanieczyszczeń spływających z pól. Równocześnie jest to jednak jezioro bezodpływowe, co jest jedną z przyczyn pogarszania się czystości wody. Powierzchnia jeziora wynosi 75,7 ha, a głębokość maksymalna 13,2 m. 






Widok jeziora z tzw. leśnej zatoki.


Latem okolica tętni życiem. Przyjeżdżają tu mieszkańcy Wolsztyna, Nowego Tomyśla, Zbąszynia i innych pobliskich miejscowości. W Zbąszyniu wszyscy mówią, że jadą do Kuźnicy - pomimo, iż większość odpoczywa na plaży w Borui... Pozostawiając jednak kwestie terminologiczne, miejsce to od lat cieszy się dużą popularnością. Na plaży w Borui znajduje się kąpielisko z wygrodzonym miejscem dla dzieci. Po tej stronie jeziora znajdują się również liczne pomosty i kładki wędkarskie, a także ośrodki wypoczynkowe i obiekty gastronomiczne. Osobiście wolę to miejsce poza sezonem, gdy gwar i krzyki ucichną, a okolica jeziora opustoszeje. 


Kąpielisko w Borui.








Dziś nad jeziorem Kuźnickim świeciło piękne słońce - jego ciepło zapowiada nadchodzącą wiosnę. Dla równowagi wiał też delikatny chłodny wiatr - zima jeszcze na dobre nie odeszła. Jezioro częściowo jest ciągle skute lodem. W jego południowej części lód przy brzegu był na tyle gruby, iż udało mi się nawet trochę poślizgać. Na plaży w Borui jezioro pokrywała już tylko cieniutka warstwa kruchego lodu, a dalej widać było falującą wodę. Na środku zbiornika, tuż przy granicy lodowej kry, usadowiły się w rzędzie kaczki, grzejąc swoje pióra w słonecznym cieple. Jedno jezioro, taki spokój, a jednak tyle się tutaj dzieje. 


Kaczy sejmik.







Bardzo lubię liczne pomosty, które znajdują się po zachodniej stronie jeziora. Czasem mam wrażenie, że każdy rybak wybudował tutaj dla siebie własny pomost. Z każdego z nich jezioro wygląda trochę inaczej. 









Wprost proporcjonalna do liczby pomostów jest też liczba rybackich łódek. Dziś stoją jeszcze na brzegu, albo są do niego przycumowane. Za kilka miesięcy znów będą dryfować po toni jeziora. 















Przedwiosenny spokój nie będzie trwał wiecznie. Już za chwilę wszystko zacznie budzić się do życia. Póki co nad jeziorem Kuźnickim panuje cisza. W okolicznych lasach odzywają się raz po raz ptaki. Nad brzegiem spacerują pojedyncze osoby. Słońce topi lód. Powolne zmiany za moment przyspieszą. Wszystko nabierze tempa. Zazielenią się drzewa i tylko patrzeć, jak pojawią się pierwsi turyści. Dziś byłam w tym urokliwym miejscu niemal sama. Warto poznać okolice jeziora po sezonie. Zatrzymać się nad brzegiem i dostrzec, jak wszystko co nas otacza, nieustannie się zmienia. Przedwiośnie coraz bliżej.







O jeziorze Kuźnickim można przeczytać więcej tutaj: