wtorek, 2 sierpnia 2016

Zbliżenie na architekturę - budynek gospodarczy w Samsonkach


Gdyby wszystkie budynki gospodarcze, stodoły, szopy i szopki miały tyle uroku co ten budynek w Samsonkach... Czerwona cegła i piękna szachulcowa zabudowa - pamiątka z czasów, kiedy nawet budynki użytkowe stawiane były z poszanowaniem ładu architektonicznego i estetyki. Skoro budynki gospodarcze służą człowiekowi i codziennie z nich korzystamy, to ich architektura również jest istotna - ma być praktycznie i użytecznie, co jednak nie stoi w sprzeczności z ładnie - przynajmniej w tym przypadku. 





wtorek, 21 czerwca 2016

Podróżuj, śnij, odkrywaj


Dokładnie dwa lata temu na tym blogu pojawił się pierwszy post. Początek. Był czerwiec, właśnie skończyłam studia i nie do końca wiedziałam, co zrobić z tym dziwnym czasem, w którym tyle się kończy i tyle ma się zacząć...

Wielokrotnie przymierzałam się do stworzenia bloga. Najlepiej o muzyce - to pozwoliłoby połączyć moje dwie pasje, bo jeśli coś wciąga mnie jeszcze bardziej niż pisanie, to jest to właśnie muzyka. I może nawet podjęłabym się tego zadania gdyby nie Niedziela Wielkanocna w 2014 r. Wyjątkowo ciepła niedziela i popołudniowy wypad rowerami do Strzyżewa. We wsi panował niesamowity spokój, wszystko pachniało i zieleniło się. Upojona tą wiosenną atmosferą chodziłam po bruku z przyjaciółką z przedszkolnych czasów i zachwycałam się każdym budynkiem, płotem, kwitnącym drzewem czy wiejskim podwórkiem. Nie potrafię tego opisać, ale ewangelicki cmentarzyk, chochoły z wikliny, łódki nad Obrą, to wszystko absolutnie zawładnęło wówczas moją głową. Pomyślałam, takie mamy piękne okolice, może warto byłoby to jakoś pokazać, opisać. Tyle ciekawych i nieodkrytych miejsc, tyle historii o których mało kto wie. Podróżujemy bardzo daleko, a to, co naprawdę potrafi poruszyć nasze serce, jest tak blisko. Tego dnia, z tego poruszenia  i emocji, zaświtał mi w głowie pomysł.

Po kilku tygodniach wróciłam na cmentarz ewangelicki w Strzyżewie z aparatem. Wtedy jeszcze nie byłam przekonana co z tym zdjęciami zrobię. Kolejny już wypad pozwolił przypomnieć sobie, jak bardzo cenię miarowe tempo roweru, jak bardzo kocham przyrodę i jak bardzo lubię robić zdjęcia. Wszystko zaczęło układać się w całość. Któregoś wieczoru przed zaśnięciem wpadła do głowy nazwa bloga. Potem wystarczyło już tylko poczekać na właściwy moment. Tak oto w czerwcu 2014 r. powstał blog Zbąszyń Przedmieście - powstał, tak jak powinien, czyli od Początku. 

Przez dwa lata sporo się zmieniło. Przejechałam wiele dróg i dotarłam do miejsc, co do których nawet nie przypuszczałam, że istnieją. Wielką pomocą okazały się lokalne przewodniki, ale z jeszcze większą pomocą przyszedł internet. Te dwa lata to nie tylko odkrywanie miejsc, ale też odkrywanie niezwykłych blogów i ludzi z ogromną pasją - bardzo inspirujące doznanie. W głowie mam teraz mapę okolic i dróg, które przemierzyłam. Mapę drzew, zakrętów, wiejskich chałup, porzuconych cmentarzy, pól, lasów. Najpiękniejsze jest to, że mapa ta jest rozwinięta tylko w części. Gdy wybieram jedną drogę od razu czuję jakieś ukłucie, bo inna droga pozostaje niezbadana.

W snach widzę często miejsca, które w rzeczywistości nie istnieją. Jadę drogą którą znam i nagle wyobraźnia płata mi figle, bo w majakach pojawiają się jeziora, których nie ma, rzeki które nie płyną, morze, które nie ma prawa być tak blisko Zbąszynia, romańskie kościoły, meksykańskie domki, okręty... co też mi się nie śniło w tych okolicach... Zamykam oczy i widzę zimowe pejzaże, zachody słońca, las w majowym blasku, granat nieba przed burzą, sarny na polnych drogach, żurawie na łące. To wszystko powraca potem w snach - odpowiednio zmodyfikowane i często doprowadzone do absurdu. Może jednak ten świat istnieje. Może dopiero czeka na odkrycie.

Mierzę się z pustką i małością słów. Nie potrafię opisać tego jak czasem bardzo porusza mnie jakiś widok, jakiś moment, przebłysk światła zza chmur, blask wody, zapach bzu czy rozgrzanych podkładów kolejowych. Zatrzymuję rower, patrzę na krajobraz czując, że dotykam tego, czego nie da się nazwać, nie da się zdefiniować i opisać. Może to brzmi naiwnie, a może egzaltowanie. Nie wiem jak to ująć. Po prostu gdy nadchodzi ten moment, mogłabym godzinami patrzeć i czuć. Czuć - oto słowo klucz. Tymi obrazami, strzępami emocji, nieudolnymi i nieporadnymi słowami zdecydowałam się podzielić.

Rytm roweru uspokaja, pozwala pomyśleć, poukładać sobie w głowie niejedną rzecz. Wyprawy po okolicach nauczyły mnie chyba więcej, niż dalekie, zagraniczne podróże. W drogę wyruszamy także po to, by poznać i sprawdzić siebie. Po tych dwóch latach znam siebie trochę lepiej - zarówno z tej gorszej jak i z tej lepszej strony. Myśl o tym, ile jeszcze zostało do odkrycia, ile ulotnych chwil można złapać, ile mądrości czeka zaklętej w przyrodzie, to wszystko napędza mnie do działania. Setki wspomnień w głowie, które mogą w końcu ułożyć się w całość, emocje, które można wyciszyć, priorytety, którym można nadać właściwą hierarchię. Do przodu, ku słońcu, przez las, przez piach, w kurzu, mierząc się z wiatrem - ciągle jednak ku zrozumieniu, zobaczeniu, dotknięciu, przeżyciu.

Tym, którzy czytają i oglądają - dziękuję. Tym, którzy inspirują - dziękuję podwójnie. Jeśli bywam tu rzadziej, to ze względu na to, że nie można żyć tylko zachwytem nad przyrodą i prowincją. Z przedmieść przemieszczam się do miasta, by pracować, uczyć się i po prostu wieść codzienne życie. I to też jest bardzo ważne. Jednak myśl o tym, że istnieją ciągle miejsca niezbadane, miejsca, do których mogę wrócić, miejsca, gdzie czas biegnie inaczej - ta myśl nie daje mi spokoju i raz po raz każe wybić się z narzuconego rytmu. Efektem tych wybić jest właśnie blog Zbąszyń Przedmieście.

A więc podróżuj, śnij, odkrywaj - słowa Marka Twaina jako dobra wróżba dla samej siebie. Te dwa lata pokazały mi coś, co nie zawsze było dla mnie oczywiste - warto patrzeć w dobrą stronę i warto tej dobrej strony szukać, pomimo wszystko.



Droga z Nowej Wsi Zbąskiej do Kosieczyna.


niedziela, 8 maja 2016

Słowo na dziś


"(...)dopiero teraz, dopiero w tych dniach nastała ostatecznie wiosna, wiosna jeszcze bez ociężałości lata, aromatyczna, o przejrzystym i lekkim powietrzu, ze srebrnie promieniującym błękitem nieba i dziecięco barwionym kwieciem łąk."

                                                                                   Thomas Mann - Czarodziejska góra



 
Wiosenna łąka w okolicach Lutola Mokrego


sobota, 16 kwietnia 2016

W brzozowym gaju


Dwa tygodnie temu dopadło mnie wiosenne przesilenie. Niezbyt miła dolegliwość powodująca, że człowiek ma chwilami dość samego siebie i swojego zmęczenia. Czując, że potrzebuję spokoju, wsiadłam dziś na rower i pojechałam do miejsca, które niezmiennie pozwala mi zdystansować się od problemów i kłopotów. Lekarz tego nie zapisze, choć może powinien. Kilka godzin w lesie i zaraz człowiek czuje się lepiej.










Zamiast szumu samochodów, bzyczenie owadów. Zamiast twardych chodników, miękka trwa i mech pod stopami. Zamiast sztucznego światła, blask i ciepło słonecznych promieni. Zamiast miejskiego pejzażu, strzeliste drzewa i zieleń budzącej się wiosny. A na tle tej zieleni i błękitu nieba, biel i szarość brzozowych pni.










Z brzozowego gaju nadawało Ptasie radio w wierszu Juliana Tuwima. Brzozowy gaj, który dziś odwiedziłam, również rozbrzmiewał głosem ptasich treli. Patrzyłam na grube brzozowe pnie, przechodzące następnie w gałęzie, a potem w cienkie witki, na których pojawiły się delikatne, wiosenne listki. Tutaj wszystko jest na swoim miejscu, poukładane, takie, jak być powinno. Każde drzewo inne, ale każde ważne, wzrastające, pnące się ku niebu i słońcu. Choć część tej leśnej harmonii chciałoby się przenieść do codziennego życia - wiosną wszystko zaczyna się od początku, kto wie, może się uda...










piątek, 11 marca 2016

Stacja Prądówka


Na próżno można szukać Prądówki w rozkładach jazdy. To nieistniejąca stacja na nieistniejącej już linii kolejowej nr 373 łączącej Zbąszyń z Międzychodem. Miejsca te nie istnieją jednak tylko w teorii, w rzeczywistości bowiem pozostałości zarówno stacji jak i linii są nadal obecne w przestrzeni. Linię kolejową nr 373 uruchomiono w 1908 roku. W roku 1987 na całej linii zawieszono kursowanie pociągów pasażerskich, a w 1992 roku pociągów towarowych. Pozostałości linii kolejowej ciągną się dziś przez lasy, pola i niewielkie miejscowości. O tym, że dawniej można było pokonać ten odcinek koleją, świadczą szyny, podkłady kolejowe, wiadukty i stacje kolejowe. Jedną z takich stacji jest właśnie stacja w Prądówce. 











Stacja w Prądówce, jak i sama Prądówka, położona jest wśród lasów. Trudno stwierdzić, czy budynek stacji jest zamieszkiwany, jeżeli tak, to prawdopodobnie jedynie okresowo. Architektonicznie jest to klasyczny przykład zabudowy kolejowej - czerwona cegła, szachulcowy szczyt, spadzisty dach. W Prądówce, poza samym budynkiem stacji obejrzeć można też kilka innych budynków kolejowych, które towarzyszyły stacji - wszystkie są zbudowane w identycznym stylu. 














Bardzo podoba mi się harmonia dawnych budynków kolejowych - nie tylko sam dworzec, ale i jego otoczenie współgrają ze sobą. Współcześni architekci powinni chyba częściej odwiedzać stare stacje kolejowe - to właśnie tu funkcjonalność łączy się z estetyką. Nic dziwnego, że nawet duże miasta wracają dziś do rozwiązań dworcowych z początków XX wieku. Wystarczy spojrzeć na stację w Prądówce - mimo, iż niszczeje, budynki nadal zachwycają detalami i wykonaniem. O przeszłości stacji świadczą też napisy, które można oglądać na ścianach - tradycyjnie dla tych obszarów, w języku polskim i niemieckim. 














Warto wybrać się śladem trochę zapomnianej już dziś linii 373 - trasa wiedzie przez odludne, malownicze i gęsto zalesione tereny. Gdzieniegdzie trafić można na niewielkie wsie i miejscowości - mieszkańcy pamiętają pewnie jeszcze stukot kół pociągów przejeżdżających niespiesznie tą trasą. Dziś linia zarosła i raczej nie ma szans, by powrócił tu stały ruch pociągów - z ekonomicznego punktu widzenia jest to z pewnością całkowicie nieopłacalne. Tym jednak, którzy nie patrzą na świat jedynie z perspektywy pieniądza, polecam wizytę na stacji w Prądówce - czas biegnie tu zupełnie inaczej, kto wie, można nawet się cofa...








O stacji w Prądówce, a także o samej wsi przeczytać można więcej tutaj:

wtorek, 1 marca 2016

Czarno-biały świat


Zagroda małorolnego chłopa nad rzeką Szarką w Borui. Jakiż spokój uchwycony w tym zdjęciu. Spokój charakterystyczny dla prowincji - tu nawet katastrofy i dramaty dzieją się w spowolnionym tempie, z jakąś godnością i niespiesznością. Słońce wschodzi i zachodzi i każdy wie, że nie da się tego zmienić. Rytm życia wyznacza prąd rzeki i poranne pianie koguta. Powtarzalność, linearność, ciągłość - następujące po sobie pory rok i zmiany w przyrodzie dodają otuchy. Skoro bowiem wszystko przemija, a potem rodzi się na nowo, to może podobnie jest z nami. Z takiej perspektywy ten wszechogarniający spokój staje się bardziej zrozumiały.





Zdjęcie autorstwa prof. Bogusława Linette pochodzi z Cyfrowego Archiwum imieniem prof. Józefa Burszty (http://cyfrowearchiwum.amu.edu.pl/). 

poniedziałek, 22 lutego 2016

Chata w Szarkach


Szarki to niewielka wieś w powiecie nowotomyskim - wieś typowo olęderska, co oznacza m.in. bardzo rozproszone zabudowania. Trudno mówić o centrum, gdy domy i gospodarstwa porozrzucane są na obszarze wielu kilometrów. Jeden z takich domów, otoczony lasem i polami, jest bohaterem dzisiejszego postu. W zamglone południe wyrósł na mojej drodze - nie sposób było przejeść obok niego obojętnie.






Chata w Szarkach z pewnością ma właścicieli, choć zdaje się, że jest zamieszkiwana okazyjnie, prawdopodobnie w sezonie letnim. Teren jest ogrodzony i stanowi własność prywatną, więc obeszłam jedynie grzecznie płot dookoła, oglądając z różnych stron piękny przykład budownictwa olęderskiego. 








Chata ma cechy typowej chałupy olęderskiej, z drugiej jednak strony trudno oprzeć się wrażeniu, że ten budynek ma również coś z wiejskiego dworku. Kamienna podmurówka, bielone ściany, drewniany szczyt chaty, okiennice i spadzisty dach tworzą razem ciekawe połączenie. Na podwórzu rosną potężne drzewa, dostrzec można również studnię i kwiatowe rabaty. 










Właściciele tego domu mają prawdziwy skarb - dobrze, że potrafią to docenić, bo chata i otoczenie są w miarę zadbane. Życie w tak rozproszonej wsi sprawia, że sąsiadami są tu częściej wiatr, leśne zwierzęta i śpiewające na gałęziach ptaki, niż ludzie. Dobrze mieć takie miejsce. 






sobota, 13 lutego 2016

Za mgłą


Wilgotno, cicho, mglisto. Świat zasłonięty białą kotarą. Wzrok nie jest w stanie przebić zawieszonych w powietrzu kropel wody. Dal zanika, jest tylko to, co w najbliższym otoczeniu. Zmora kierowców, przesuwa się bezszelestnie, otacza z każdej strony, jej biały płaszcz snuje się i rozlewa. Pani mgła zagościła w dzisiejszy lutowy poranek i umościła się w okolicy na dobre. W nadziei, że mgła jednak opadnie i dotrą do nas promienie słońca, wyruszyłam przed siebie. Z każdym kilometrem mlecznobiały krajobraz przekonywał mnie, że moje nadzieje są złudne...










Otulona bielą trafiłam do miejsca, którego jeszcze spowitego mgłą nie widziałam. Trzeba przyznać, że do twarzy mu w tej aurze tajemnicy i niedopowiedzenia. Z mgły wyłania się nagle opuszczony dom - klimat prawie jak z dreszczowca, ale to tylko dom w Stefanowicach, opisywany już na tym blogu: http://zbaszynprzedmiescie.blogspot.com/2014/09/opuszczony-dom-w-stefanowicach.html. Pusty, cichy, samotny - to się nie zmieniło. Trochę dalej, w Grubsku, z mgły wyłoniła się kolejna chata, przynajmniej o tej porze roku, opuszczona. Jej szarość i biel doskonale wtapiały się w tak mleczny dziś krajobraz.








Chata w Grubsku

Mgła rozpościerała się nad polami, zaległa nad Rowem Wargańskim i Szarką, towarzyszyła mi całą drogę. Nie opadła, nie dopuściła promieni słońca. Uparta i gęsta wisiała, zasłaniając głębie i dal. Kazała skupić się na tym, co blisko, odkryła jedynie to, co chciała. Sprawiła mi niespodziankę i mimo, że liczyłam na słońce, to wyprawa za mgłą również miała swój urok - na słońce przyjdzie jeszcze pora. 






Szarka


Szarka


Rów Wargański